COMITY

Violence-online.pl

Francuski Comity nie należy do najbardziej znanych w Polsce zespołów, jednak ze względu na fakt długiego, jak na rodzaj granej muzyki, stażu i jakość ostatniej płyty, postanowiłem skontaktować się z paryskimi muzykami i wyciągnąć z nich zeznania. Udało się a w dodatku wyszło na jaw, że grupa już sześć razy próbowała zagrać w naszym kraju i… nigdy nie dotarła! Nieprawdopodobne – to najlepsze słowo, jakie przychodzi mi do głowy. Spróbujcie przegryźć się przez płytę „The Journey Is Over Now”, by zrozumieć, że to nie tylko kolejny ukłon w stronę lat 90 –tych, ale także doskonała, aktualna muzyka, łącząca w sobie szaleństwo Converge i ponury odjazd Neurosis. Przed Państwem śpiewający basista Thomas, który odsłonił nam kilka zespołowych tajemnic.

To pierwsze spotkanie naszych czytelników z zespołem Comity, dlatego powiedzcie coś na swój temat?

Tak… jesteśmy już razem około 15 lat oczywiście w różnych składach. Zawsze był to jednak regularny zespół. Od początku są w zespole jedynie dwie osoby – Francois (gitary, Sitar, chórki) oraz ja (bas, wokal). Yann dołączył do nas jakieś dziesięć lat temu, zaś perkusista Nico pojawił się w 2007 roku. Byliśmy kwintetem aż do 2007 roku od kiedy razem ze śpiewaniem zdecydowałem się grać na basie.

Tak się składa, że znam tylko najnowsze dzieło, dlatego chciałbym, żebyś krótko opisał poprzednie wydawnictwa?

Ok., na początku graliśmy miks hc/metalu z starym death’em. Nagraliśmy między 1998 a 2000 rokiem trzy demówki, które brzmiały raczej kiepsko, jeśli mamy być szczerzy a potem wreszcie prawdziwy materiał jako split z zespołem XII. W tamtym okresie zaczęliśmy słuchać oprócz metalu i h/c muzyki eksperymentalnej w rodzaju Johna Zorna czy King Crimson i zaczęliśmy to wszystko miksować. Converge, Dillinger Escape Plan itp. zespoły grają hc zmiksowany z zupełnie innymi stylistykami, wiec widzieliśmy, że to jest możliwe. Nasza pierwsza ep – ka jest taką próbą podążania tą ścieżką. Wszystkie późniejsze wydawnictwa to już kolejne etapy ewolucji tej formuły. W ostatnich czasach główny elementem ewolucji jest wzbogacanie swojego brzmienia niż muzyki. Dzisiejszy Comity jest bardziej zespołem rockowym niż hc/metalowym. Teraz nasze brzmienie jest bardziej miksem masywności AC/DC z Lamb of God. Od 2003 roku wydaliśmy trzy płyty i dwie ep – ki.

Wasz ostatni album jest niezwykłą, muzyczną podróżą – czy możemy traktować go jako krok do przodu, czy raczej „skok w bok”?

Tak, to ewidentnie nowy krok w tym samym kierunku, jak już mówiłem – tak jak każda płyta jest kolejnym etapem naszej ewolucji. Myślę, że nasz kolejny krok będzie takim odstępstwem od nas samych w stronę bardzo wolnych temp i progresji. Ale takie różnice i zmiany dotyczyły w zasadzie każdego krążka.

Jakie są zasadnicze różnice pomiędzy poprzednim krążkiem a nową płyta z waszego punktu widzenia?

„The Deus Ex Machina” był naszym pierwszym krążkiem. Byliśmy wtedy bardzo młodzi i zależało nam na tym by wszystko było zrobione perfekcyjnie. Dzisiaj wydaje mi się, że w pewnych sprawach przesadziliśmy z tą perfekcją, szczególnie w warstwie lirycznej, wiesz, przedobrzone rzeczy nie zawsze są dobre… Warstwa liryczna tej płyty byłą bardzo depresyjna, nieco histeryczna, jednak nawet dzisiaj dobrze mi się tego słucha… Ep – ka „The Andy Warhol Sucks” była bardziej bezpośrednia, swobodna, w przeciwieństwie do płyty. Były tu zdecydowanie wolniejsze struktury, bardziej otwarte melodie. Z kolei „A Severy Thins Is A Tragedy” jest pełna wściekłości i pasji. Chcieliśmy tu uzyskać brzmienie przygniatające. Zastosowaliśmy na niej prawie czyste brzmienie gitar z dożą ilością partii wokalnych ale bez żadnych atmosferycznych czy wyciszonych fragmentów. W sumie jest to bardzo gwałtowny album, wydaje się wręcz, że jego spójność nasuwa myśl, że obcujemy z jednym, długim utworem. Na koniec nasza pierwsza ep – ka „You Left Us Here”, wydana po naszym powrocie po niemal dwóch latach niebytu. To próba osiągnięcia nowej jakości, prawdziwego brzmienia Comity. Jak mówiłem, brzmienie jest hałaśliwe, w wolnych tempach i z lekko progresywnym duchem…

Comity ciągle próbuje połączyć w twórczości kilka różnych stylistyk – hardcore, matematykę, noise i nieco sludge’owego brudu (w mojej opinii…). Jak myślisz – udało się osiągnąć stan równowago wraz z nowym krążkiem, czy nadal jesteś na ścieżce poszukiwań?

Tak, ciągle próbujemy wszystko miksować i grać przede wszystkim muzykę, którą wszyscy lubimy, dlatego każde kolejne nagranie ma w sobie różne nowe elementy, wynikające z naszych fascynacji. Teraz w naszej muzyce jest mniej elementów metalowych, tak jak na początku działalności, jest za to więcej rock’n’rolla i nawet matematyki, jeśli tak wolisz. Nadal stosujemy np. blasty, jednak nie oznacza to, że gramy death metal. Używamy też np. steel gitar, ale nie oznacza to, że gramy bluesa. Naszym celem jest włączanie wszystkiego, co nam się podoba a następnie przetworzenie tego na nasze brzmienie, tak, żeby zawsze było wiadomo, że to muzyka Comity. Oczywiście, tylko słuchacze są w stanie powiedzieć, czy robimy to z powodzeniem…

„The Journey…” jest dla mnie sporym krokiem wstecz, do lat 90 – tych. Czy macie jakieś ulubione zespoły z tamtej dekady?

Wszystkie nasze indywidualne fascynacje pochodzą z lat 90 – tych, zaczęliśmy słuchać muzyki i pisać ją gdzieś w połowie tej dekady. Bardzo lubimy brzmienie zespołów z tych lat, bardzo naturalne, akustyczne, ale też z wieloma szalonymi pomysłami. Nie lubię tego współczesnego brzmienia stosowanego przez zespoły metalowe z całkowita kompresją przez co płyty mają ten właśnie drażniący, komputerowy dźwięk. Brzmienie współczesnych zespołów to nic oryginalnego, tylko efekt ewolucji ostatnich 15 lat.

W nowych utworach słyszę wyraźne nawiązania do moich ulubionych grup – Converge, Today IS The Day, Dillinger EP czy Neurosis. Czy możecie się zgodzić z taką opinią, czy macie zupełnie inne inspiracje?

Myślę, że masz rację, ponieważ na początku te właśnie zespoły te miały duży wpływ na nasze postrzeganie muzyki ekstremalnej i – co jest chyba oczywiste – próbowaliśmy iść tą właśnie drogą. Zresztą, te zespoły nadal znajdują się w kręgu naszych zainteresowań, ale teraz nie próbujemy już emulować ich, kiedy piszemy naszą muzykę i mam nadzieję, że to słyszysz…

“The Journey…” składa się niejako z dwóch części – pierwsze dwie piosenki są podróżą w szaleństwo, zaś kolejne dwa utwory to majestatyczna odpowiedź na twórczość Neurosis czy nawet SWANS. Jak możecie opisać ten krążek?

Myślę, że ten album musi być przyjmowany jako całość. Oczekujemy, że słuchacze będą traktować płytę jako pewien fragment muzycznego świata, sumę naszych emocji. Nagranie rozpoczyna się tylko wokalami, końcówka jest echem tych początkowych głosów, to klamra, która scala płytę. Płyta jest skonstruowana tak – masz pierwsze dwadzieścia minut, części I i II, potem interludium w postaci części III i potem kolejne 20 minut, to finałowa część IV. W tej ostatniej części mamy odbicie dwóch pierwszych części, ale z bardziej atmosferycznymi elementami, które prowadzą do finału. Część III, jako interludium, jest bliższa poetyce zespołów typu Neurosis, czy SWANS, jak sam odczułeś, bo brzmi bardziej progresywnie, z akustycznymi gitarami, niezwykłym instrumentarium i nietypowymi brzmieniami. Chodziło o to, by ten fragment płyty był pewnym oderwaniem od reszty muzyki na tej płycie.

Nietzche, rock’n'roll i matematka

Nietzche, rock’n'roll i matematka

Opowiedz nieco o stronie tekstowej płyty. Czy muzyka kolaboruje z tekstem, czy dźwięki i słowo egzystują w oderwaniu od siebie?

Przygotowaliśmy jeden złożony tekst dla całej płyty. Słowa zostały zainspirowane nowelą Philipa Jose Farmera „To Your Scattered Bodies Go” („Gdzie wasze ciała porzucone”). To metafora woli życia, poszukiwanie absolutu. Nie wiemy, czemu tu jesteśmy, kto nas tu zostawił, jaki jest cel naszego życia i jakie zadanie mamy spełnić. Niektórzy odchodzą, a inni próbują szukać odpowiedzi, jednak na koniec i tak wszystko okazuje się być proste i żadne filozofie lepiej nie są w stanie oddać naszej egzystencji. Inne źródła naszych tekstów to prace Nietzsche’go, Schopenhauer’a i mitologia.

Mówiłeś już o tym, jednak jeszcze raz muszę podkreślić nieszablonowe, szorstkie brzmienie płyty – co musieliście zrobić w studiu, żeby dojść do takich efektów?

Tak, rozmawialiśmy już o brzmieniu lat 90 – tych. To jest właśnie to, co chcieliśmy osiągnąć. Bardzo „żywe”, naturalne i akustyczne. Album został nagrany na żywo, by osiągnąć cel, czyli najlepsze brzmienie dla naszej muzyki. Najlepsze z możliwych… Sylvain Biguet jest od dłuższego czasu naszym dźwiękowcem, mamy taką samą wizję, jak powinien brzmieć zespół taki jak nasz. Razem z Amaury’m Sauve tworzą idealny duet. Nagranie i miks nowej płyty jest w zasadzie bardzo old school’owe, żadnego, cyfrowego gówna, żadnego równoważenia przesadzoną kompresją, żadnych triggerów, tak naturalnie, jak to tylko możliwe.

Chciałbym się dowiedzieć czegoś na temat waszej koncertowej aktywności – co Was kręci – festiwale, piwnice czy małe klubiki. Jaki był najlepszy koncert, przez Was zagrany?

Zdecydowanie preferujemy małe kluby, bo chcemy, żeby nasza muzyka przemawiała dokładnie do konkretnej osoby. Taki indywidualny, fizyczny kontakt generuje większą energie niż duże festiwale. Nie jesteśmy artystami estradowymi, nie gramy zresztą muzyki festiwalowej. Ale, skoro chcesz wiedzieć, całkiem często na dużych festach zdarza nam się grać. Tak czy inaczej pamiętam mnóstwo fajnych koncertów – szczególnie gig z Converge w2003 roku w Paryżu, równie dobry z Today Is The Day w tym samym miejscu. Niewiarygodny był koncert w małym barze w jeszcze mniejszym miasteczku w Czechach; totalnie szalona publiczność, tego się nie zapomina. Gorzej był na Węgrzech gdzie zdarzyło nam się grać dla garstki „łysoli” w piwnicy jakiegoś baru. Nawet dzisiaj jak sobie to przypomnę, czuję niepokój… Także długie podróże nie wpływają na kondycję koncertową – pamiętam występ razem z Dillinger Escape Plan i Terror. Towarzystwo doborowe, fajne miejsce, ale byliśmy już cholernie znudzeni, bo od tygodni byliśmy w trasie, motywacja siadała i choć koncert w sumie był fajny, to nie zaliczam go do tych udanych.

I na koniec kilka słów do maniaków ekstremalnej muzy w Polsce…

Tak! Muszę tu powiedzieć, że nie mamy szczęścia jeśli chodzi o Polskę. Wszystkie koncerty, które mieliśmy zagrać w Polsce zostały odwołane! Trzy koncerty w 2003 roku, dwa w 2007 i jeden w ubiegłym roku… Zawsze były jakieś “rozjazdy czasowe”, to niewiarygodne!! Mam nadzieję, że któregoś dnia w końcu dotrzemy do Polski. Dzięki za wywiad i do zobaczenia!

Rozmawiał Arek Lerch

www.violence-online.pl

Share